quinta-feira, 16 de abril de 2009

Paragwaj






Do Paragwaju wybraliśmy się w środę, 8.4.2009. Nasze plany, co i jak zwiedzić w tym kraju, zmieniały się z minuty na minutę. Najpierw w ogóle chcieliśmy jechać z Sao Paulo bezpośrednio do Asuncion, ale mama Felipe trochę panikowała, że mamy tam nie jechać, bo jest niebezpiecznie. W końcu zdecydowaliśmy zrobić wypad z Foz do Iguacu. Dzień przed wyjazdem byliśmy popytać się jak jadą autokary. Okazało się, że do Asuncion jadą wyłącznie popołudniu, tak że na miejscu bylibyśmy wieczorem. Tak mi się wydaje, że w Ameryce Południowej nie jest zbyt dobrym pomysłem dotrzeć na jakieś nieznane miejsce wieczorem. Szczególnie jeśli chodzi o duże miasta (małe zresztą też nie, bo może nie być żadnego transportu dalej). Tak więc zdecydowaliśmy się jechać najpierw do Encarnacion autobusem firmy paragwajskiej. Autokar odjeżdżał o 11 czasu paragwajskiego (godzina do tyłu względem czasu w Brazylii). Nie mogliśmy jechać autokarem wcześniejszym, bo musieliśmy załatwić wszystkie formalności na granicy (dla Polaków to pieczątka na wyjazd z Brazylii i pieczątka na wjazd do Paragwaju). Sprzedawca biletów ostrzegał nas, żeby wszystko to pozałatwiać, bo inaczej można mieć kłopoty. Przez garanicę przejeżdżają zwykłe miejskie autobusy, nie zatrzymują się w ogóle, więc można się przeszmuglować. Ale potem mogą być kłopoty.

Tak więc opuściliśmy nasz hostel z samego rana i podjechaliśmy do Ponte de Amizade czyli granicy. Po stronie brazylijskiej znajduje się miasto Foz do Iguacu, po stronie paragwajskiej Cidade del Este. I właśnie to paragwajskie miasto jest centrum handlowym dla Brazylijczyków. Paragwaj nie jest krajem uprzemysłowionym, więc musi importować prawie wszytko. Podatki importowe prawie nie istnieją, tak więc ceny w Paragwaju są o wiele niższe nawet niż w Polsce. Brazylijczycy kupują głównie elektronikę jak się okazuje za dolary. Pomiędzy Paragwajem i Brazylią przejście prowadzi nad rzeka, przechodzi się mostem. Most jest chroniony wysoką siatką, która na początku myśleliśmy, jest ochroną, żeby nikt nie wpadł do rzeki, ale okazuje się, że znajduje się tylko przy częściach nad lądem, aby ludzie nie zrzucali szmuglowanych rzeczy.

W Cidade del Este chcieliśmy zamienić reale na guarani, paragwajską walutę, ale w prawie żadnym z licznych tam kantorów nie było to możliwe. W Cidade del Este handluje się w dolarach. To miasto wygląda jak jeden wielki targ. Przypomina mi trochę te targi w Egipcie czy Maroku, gdzie szło się takimi tunelami zrobionymi z różnych rzeczy do sprzedania. Czułam się tam dziwnie, szczególnie, że przed każdym większym sklepem stał gościu z metrową bazuką! My skupiliśmy się na atrakcjach turystycznych w mieście. Pierwszą, niezamierzoną dla Paragwajczyków, ale bardzo interesującą dla Europejczyków (dla Brazylijczyków zresztą też) są autobusy komunikacji miejskiej w Cidade del Este. Są to te autobusy, które zna się z filmów i spodziewa się znaleźć kury pod ławką:) Takie tam właśnie jeździły:) Poza tym w Cidade del Este znajduje się pomnik władcy Chin oraz mały ogród japoński. W ogóle w mieście widzieliśmy ambasadę chińską oraz na równi z hiszpańskim napisy chińskie:)Wymiana handlowa kwitnie (ale chyba raczej jednokierunkowo:P)

Tak więc zwiedzaliśmy miasto, niezbyt turystyczne i bardzo chaotyczne i próbowaliśmy szukać dworca autobusowego, skąd mieliśmy wyruszyć nowoczesnym autokarem firmy RYSA do Encarnacion (wg sprzedawcy biletów w 4 godziny)! Pytaliśmy, sprawdzaliśmy plany miasta, ale jakoś nie umieliśmy tego znaleźć. Znaleźliśmy dworzec autobusów miejskich, ale nie dalekobieżnych. Wszyscy ludzie mieli jakiś inny pomysł gdzie iść, a jedna pani nawet nam powiedziała, żeby nie słuchać innych, bo mogą nas okłamać, a ona nam powie dobrą drogę:) Do dziś nie rozgryzłam, czy chcieli być za wszelką cenę pomocni, czy po prostu myśleli, że właśnie tam i nigdzie indziej jest dworzec! W końcu zauważyliśmy siedzibę firmy RYSA i postanowiliśmy się tam dopytać skąd wyruszają autokary. Okazało się, że jadą na dworzec właśnie z siedziby firmy, więc mogliśmy sie z nimi zabrać. Weszliśmy za ladę, gdzie pracownicy przyjmowali paczki, które miały być rozwiezione po całym Paragwaju. Nasz autokar był właśnie załadowywany paczkami, które potem całą drogę miały być dostarczane do miasteczek po drodze, a z nich odbierane inne paczki. W ogóle nasz autokar znacznie się różnił od autokaru na obrazku gdzie kupowaliśmy bilety! Takie autokary w Polsce jeździły w latach 80tych, bez klimatyzacji, bez wejścia po środku. Zaraz po wejściu pomocnik kierowcy (bo był pomocnik, który rozładowywał paczki i zbierał po drodze pasażerów) pootwierał wszystkie okna, co służyło właśnie za klimatyzację. Przed podróżą zaczepiliśmy jeszcze o warsztat, żeby wymienić oponę i w drogę!

Jazda takim autokarem to wielka przygoda. Wszystko odbywa się zupełnie inaczej niż w Europie. Przystanek jest wszędzie gdzie ktoś stoi na poboczu ulicy, tam też ktoś może zechcieć wysiąść. Zatrzymywaliśmy się też w przydrożnych miasteczkach, gdzie od razu oblegali nas sprzedawcy napojów w puszkach, szaszłyków, kanapek...niekiedy jechali z nami do następnego miasteczka, tam wysiadali, a na ich miejsce pojawiał się już inny sprzedawca. W Paragwaju było bardzo gorąco, więc ludzie z chęcią kupowali schłodzone napoje. Najczęściej sprzedawcy to młodzi chłopcy w brudnych koszulkach, widać zaprzyjaźnieni z kierowcami, jakby nic innego nie robili. Największą "przygodę" autokarową przeżyliśmy w drodze powrotnej z Encarnacion do Cidade del Este. Dostaliśmy miejsce zaraz na przedzie, przed nami tylko ścianka odgradzająca nas od kierowcy. Wszystko spoko, luzik, ludzie stoją więc my zadowoleni, że mamy miejsca siedzące, aż tu nagle z tej ścianki wyłażą olbrzymie, rude z wielkimi czułkami karaluchy! No po prostu masakra. My szok, obrzydzenie, zabijamy wrogów ze wściekłością, ale nie ma szans, jest ich za dużo, wyłażą coraz chętniej. Paragwajczycy spokój, luzik śpią, ignorując nasze zmagania. W końcu jakaś babka dała nam kawałek kartki, żeby wepchnąć w te dziury pełne karaluchów, i jakoś to pomogło! Jak trochę się uspokoiliśmy to zauważyliśmy, że takich kartek jest pełno, więc te karaluchy to stali mieszkańcy tego autokaru! Nigdy więcej Cruzeiro del Sul, mogliśmy wracać Rysą (do dziś chcemy wierzyć, że to tylko wyjątek i karaluch normalnie nie zamieszkują autokarów!:P).

Jedziemy dalej do Encarnacion, obserwujemy krajobrazy, zieleń, palmy, pola kukurydzy i innych upraw, czerwoną ziemię, kompletny brak asfaltu w mijanych miasteczkach (w sumie wyasfaltowana była tylko ta droga). Po 4 godzinie jazdy zorientowaliśmy się, że coś nie tak, nie dojedziemy w 4 godziny do Encarnacion, nie zdążymy pojechać jeszcze do Trynidadu i wrócić przed zmrokiem! Po rozmówieniu się z bardzo miłym pomocnikiem kierowcy, postanawiamy wysiąść w Trynidadzie, który jest po drodze, zwiedzić ruiny, a potem złapać coś do Encarnacion.

Trynidad to mała wioska, czerwona ziemia, ludzie na skuterach (moto-skuter to podstawa) no i ruiny wioski jezuickiej, w 1993 roku wpisane na listę UNESCO. Z głównej drogi można dojść tam w 10 minut. Idąc tam nie spotkaliśmy w ogóle turystów, w środku były najwyżej dwie małe grupki. Tak więc faktycznie byliśmy tam sami, pośród starych ruin domów, kościoła, pomieszczeń gospodarczych. Cisza, spokój, można było wyczuć klimat odległych czasów. To miejsce założyli w 1706 Jezuici, którzy chcieli schrystianizować Indian. Udało im się przekonać Indian Guarani do osiadłego trybu życia, pracy w rzemiośle i ogrodnictwie, wiary w Boga. Chroniło ich to poza tym przed łowcami niewolników. Osady te nie przetrwały jednak długo, król Hiszpański widząc dokonania Jezuitów, i bojąc się ich wpływów wygnał ich, a na ich miejsce sprowadził inne zakony, np. Dominikanów. Tego jednak nie zaakceptowali Indianie, nie umieli dostosować się do nowej doktryny i opuścili to miejsce.

Ogólnie te ruiny robią niesamowite wrażenie...po pierwsze kompletny brak turystów. Po wyjściu z autokaru przeszliśmy jakieś 10 minut drogą wśród paragwajskich domków, przed wejściem do ruin jakaś obdarta rodzinka ustawiała pod drzewami pamiątki ruin z kamienia, a przy wejściu rozstawione jakieś paragwajskie ozdoby i pamiątki. Bileter miał rozłożone leżaczki przy wejściu i wraz ze znajomymi wylegiwał się w cieniu. Zero turystów. Szczególnie było to rażące po naszej wycieczce w napakowanym ludźmi Foz de Iguacu. Kupiliśmy bilety, bardzo tanio i zostaliśmy wpuszczeni na olbrzymi teren z kilkoma wysokimi palmami i starymi budowlami z kamienia. Cisza, ciepłe słońce, przestrzeń no i te palmy na środku wielkiego placu porośniętego wykoszoną trawą. Słońce zaczynało już zachodzić, więc wszystko robiło się bardziej pomarańczowe. Z oddali można było usłyszeć szumy paragwajskiej wioski, jakieś skutery, jakieś ujadanie psów. A wśród tych murów cisza, długie cienie, czas się zatrzymał. I jakoś dobrze umiałam sobie poczuć tę atmosferę umieszczonej w kompletnym pustkowiu osady...Indianom ufającym chrześcijańskiemu zakonowi, ich spokojne życie wśród natury. Cudownie.

Z naszej zadumy wyrwała nas świadomość, że już robi się ciemno! Szybko pośpieszyliśmy na przystanek i cierpliwie czekamy na jakiś autokar (który według kierowcy naszego poprzedniego środka transportu jeździ co 5 min). 5, 10, 15 minut, jest już ciemno, a autokaru nie ma. Nagle jakoś wiele skuterów zaczyna obok nas przejeżdżać, wszyscy wpatrują się z zainteresowaniem, wiadomo jedyni obcy w okolicy, ale dla nas to już podejrzane i zaczynamy się denerwować...Po jakiejś chwili autokar podjeżdża, szybko wyskakuje młody chłopak, ładuje nas do środka i w pośpiechu odjeżdżamy. W środku masakra, ludźi masa, wszyscy stłoczeni między siedzeniami, a co chwile wsiadają następni. Plecaki i torby lądują koło kierowcy, zdziwiło mnie to zaufanie, ja na wszelki wypadek obserwowałam nasz:P

W końcu dotarliśmy do dworca autobusowego w Encarnacion i natychmiast oblegli nas naganiacze oferujący bilety do Asuncion, Cidade del Este i innych celów. Okazuje się, że działa tam kilka firm przewozowych i te ostro konkurują o podróżnych. A jak wiadomo najlepsza strategia to wyjść do klienta;) My po przeżytych przygodach udaliśmy się do naszego hotelu. Hotel "Germano" zaraz przy dworca okazał się być domem przekształconym w hotel prowadzonym przez miłe małżeństwo Japonki i Paragwajczyka. Dostaliśmy fajny pokoik i do poczytania pożyczony od naszych gospodarzy przewodnik po Paragwaju. Przewodnik ten był napisany w kilku językach, m.in. po niemiecku i zawierał praktyczne wskazówki dla obywateli niemieckich pragnących osiedlić się na stałe w Paragwaju. Takich akcentów niemieckich w Paragwaju napotkaliśmy wiele: hotele o nazwach Stauffenberg i nasz Germano, blondynów w wypasionych jeepach, a czekając na powrotny autokar spotkaliśmy dziadka mówiącego po niemiecku. W przewodniku wyczytaliśmy, że ewangelicy Mennonici sprowadzili się tutaj masowo z Kanady i Rosji, przede wszystkim na północ kraju, do wyludnionego regionu Chaco, ale wydaje się, że nie wszyscy potomkowie tych przybyszów chcą mieszkać na pustkowiu w trudnych warunkach.

Następnego dnia zwiedziliśmy miasto. Składa się ono z 2 części: nowej i starego miasta. Owo stare miasto ma być niedługo zalane z powodu budowy elektrowni wodnej niedaleko miasta, więc pozwiedzaliśmy póki jeszcze można. Stare miasto nie jest zbyt przyjemne, bardzo stare budynki, niektóre opustoszone, a przy większych miejscach, chyba typowe dla Ameryki Południowej targi handlowe. Granica Paragwaju z Argentyną znajduje się zaraz przy mieście, stanowi ją rzeka Parana. Argentyńskie miasto Posadas łączy nowoczesny most, a samo miasto widać z wybrzeża. W Encarnacion nie ma zbytnio typowych atrakcji turystycznych, ale miasto jest bardzo urocze, można obserwować życie tubylców, napić się herbaty Matte robionej wprost na ulicy ze świeżych roślin. Do picia każdy paragwajczyk ma specjalny kubek, przypominający róg i rurkę-łyżeczkę. W autokarze powrotnym przez parę godzin obserwoaliśmy proces przyrządzania i picia tej herbaty; kierowca z pomocnikiem dolewali raz za razem wody z termosu, pili solidarnie z jednego kubka, a następnie podzielili się z jakąś znajomą dziewczyną,` która podzieliła się tym napojem (i kubkiem i łyżeczko-słomką)z sąsiadką. W samym mieście znajduje się plac centralny z pomnikami, a też jakieś muzea, których nie dane nam było odwiedzić, gdyż przed Wielkanocą wszyscy robią sobie wolne:) Na targu zakupiliśmy muzykę paragwajską "los Alfonsos", z typową dla paragwajskiej muzyki harfą. I niektóre piosenki są w guarani:)

Um comentário:

Paweł disse...

Ekstra opisane. Jakbym tam był :-) Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się osobiście zwiedzić tamten rejon świata. Znam kogoś, kto bywa tam bardzo często. Opowiada podobnie. Pozdrawiam i podziwiam za zapał, żeby to wszystko przekazać. Przechodzeń z Polski pozdrawia.